Strona główna > Warto poczytać > Archiwum Opornika > Numer 15 (16/2005)
ROZMOWA Z ALEKSANDREM MAJERSKIM, RZEŹBIARZEM
Aleksander Majerski jest cenionym, nie tylko w Polsce, rzeź-biarzem. Mieszka w Limanowej. Jego prace były prezentowane m.in. na wystawach w Warszawie, Krakowie, Zakopanem, Heidelbergu. Obecnie jego rzeźby możemy podziwiać w lubelskiej restauracji "Mandragora" przy Rynku 9.
"Opornik": W swojej twórczości często odwołuje się pan do religii, do sztuki cerkiewnej i żydowskiej. Dlaczego?
Aleksander Majerski: Od początku mojej pracy twórczej odwoływałem się do tego, co jest mi najbliższe - tradycji wielokulturowości południowo-wschodniej Polski. W latach osiemdziesiątych stworzyłem cykl grafik poświęconych Staremu Testamentowi. Wystawa w Lublinie jest pierwszą nawiązującą w całości do kultury i symboliki żydowskiej. Na określoną tematykę prac wpływa też moje pochodzenie: jestem Ukraińcem czy polskim góralem? To bardzo skomplikowane.
Czy mógłby pan nam powiedzieć coś więcej o swoich korzeniach?
Moja mama, Ukrainka, była córką księdza greckokatolickiego zamordowanego przez Sowietów w czasie wojny. Pamiętam, że opowiadała mi o swojej wsi w Bieszczadach - Tyrawie Wołoskiej. Mieszkali w niej, oprócz Polaków, także Ukraińcy i Żydzi. Mama czasem wspominała swoją przyjaciółkę - Żydówkę, którą zabili Niemcy. Później, kiedy te tereny podzieliła granica, część rodziny znalazła się nagle w ZSRR. Wszyscy razem spotkaliśmy się wiele lat po wojnie. Przez długi czas matka, mająca polskie obywatelstwo, nie mogła przyznać się do swego pochodzenia ze względu na akcję "Wisła". Z kolei mój ojciec pochodził z Beskidu Sądeckiego. Ja urodziłem się w Żywcu, gdzie pracowali moi rodzice. Mama miała wielki sentyment do kultury Hucułów - być może tam też należy szukać korzeni mojej rodziny (śmiech).
Może dlatego tak doskonale pan rozumie wielokulturowość Lubelszczyzny?
Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Lublina, odwiedzić syna, który tu studiuje, oczarowała mnie atmosfera tego miasta. Skończyłem studia w Krakowie i wydawało mi się, że nie ma piękniejszego miasta niż właśnie Kraków. Ale coraz bardziej poznaję Lublin i jestem nim zachwycony. W Polsce jest dużo takich niesamowitych miejsc, które nie są jeszcze odkryte i uznane w kraju za warte odwiedzenia.
Jak ludzie na Zachodzie, nieznający specyfiki tutejszego pogranicza, reagują na pana prace? Czy mając inne doświadczenia, inaczej odbierają pana twórczość?
Akurat Niemcy mają nieco podobne doświadczenia (śmiech). Swoje rzeźby prezentowałem między innymi w Mannheim, gdzie istnieje duża mniejszość turecka, mieszka wielu emigrantów z Polski. Na wernisażu grała akordeonistka z Kazachstanu, a przy organizowaniu wystawy współpracował Hanz Gruss, mój przyjaciel z Towarzystwa niemiecko - polskiego, o korzeniach czesko-polskich. (śmiech). To właśnie dzięki jego pomocy moje prace mogli oglądać mieszkańcy Heidelbergu i Mannheim. Także wiedeńczycy dobrze przyjmują moje rzeźby - wizerunek Cyryla i Metodego wykonałem na zamówienie jednego z kościołów w Wiedniu.
Chyba się pan ze mną zgodzi, że sposób, w jaki pan tworzy, odbiega od modnych obecnie nurtów w sztuce?
Właściwie dobrze się stało, że nigdy nie studiowałem rzeźby - - nie musiałem później mozolnie wyzwalać się spod wpływu mistrza - nauczyciela ASP. W swoim życiu wykonałem ponad dwa tysiące prac i starałem się rzeźbić "po swojemu", nie dbając jak to, co tworzę, wpisuje się w trendy w sztuce współczesnej.
Dziękujemy za rozmowę.
Komentarze
PO SWOJEMU
Ola Gulińska (2005-12-12)ROZMOWA Z ALEKSANDREM MAJERSKIM, RZEŹBIARZEM
Aleksander Majerski jest cenionym, nie tylko w Polsce, rzeź-biarzem. Mieszka w Limanowej. Jego prace były prezentowane m.in. na wystawach w Warszawie, Krakowie, Zakopanem, Heidelbergu. Obecnie jego rzeźby możemy podziwiać w lubelskiej restauracji "Mandragora" przy Rynku 9.
"Opornik": W swojej twórczości często odwołuje się pan do religii, do sztuki cerkiewnej i żydowskiej. Dlaczego?
Aleksander Majerski: Od początku mojej pracy twórczej odwoływałem się do tego, co jest mi najbliższe - tradycji wielokulturowości południowo-wschodniej Polski. W latach osiemdziesiątych stworzyłem cykl grafik poświęconych Staremu Testamentowi. Wystawa w Lublinie jest pierwszą nawiązującą w całości do kultury i symboliki żydowskiej. Na określoną tematykę prac wpływa też moje pochodzenie: jestem Ukraińcem czy polskim góralem? To bardzo skomplikowane.
Czy mógłby pan nam powiedzieć coś więcej o swoich korzeniach?
Moja mama, Ukrainka, była córką księdza greckokatolickiego zamordowanego przez Sowietów w czasie wojny. Pamiętam, że opowiadała mi o swojej wsi w Bieszczadach - Tyrawie Wołoskiej. Mieszkali w niej, oprócz Polaków, także Ukraińcy i Żydzi. Mama czasem wspominała swoją przyjaciółkę - Żydówkę, którą zabili Niemcy. Później, kiedy te tereny podzieliła granica, część rodziny znalazła się nagle w ZSRR. Wszyscy razem spotkaliśmy się wiele lat po wojnie. Przez długi czas matka, mająca polskie obywatelstwo, nie mogła przyznać się do swego pochodzenia ze względu na akcję "Wisła". Z kolei mój ojciec pochodził z Beskidu Sądeckiego. Ja urodziłem się w Żywcu, gdzie pracowali moi rodzice. Mama miała wielki sentyment do kultury Hucułów - być może tam też należy szukać korzeni mojej rodziny (śmiech).
Może dlatego tak doskonale pan rozumie wielokulturowość Lubelszczyzny?
Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Lublina, odwiedzić syna, który tu studiuje, oczarowała mnie atmosfera tego miasta. Skończyłem studia w Krakowie i wydawało mi się, że nie ma piękniejszego miasta niż właśnie Kraków. Ale coraz bardziej poznaję Lublin i jestem nim zachwycony. W Polsce jest dużo takich niesamowitych miejsc, które nie są jeszcze odkryte i uznane w kraju za warte odwiedzenia.
Jak ludzie na Zachodzie, nieznający specyfiki tutejszego pogranicza, reagują na pana prace? Czy mając inne doświadczenia, inaczej odbierają pana twórczość?
Akurat Niemcy mają nieco podobne doświadczenia (śmiech). Swoje rzeźby prezentowałem między innymi w Mannheim, gdzie istnieje duża mniejszość turecka, mieszka wielu emigrantów z Polski. Na wernisażu grała akordeonistka z Kazachstanu, a przy organizowaniu wystawy współpracował Hanz Gruss, mój przyjaciel z Towarzystwa niemiecko - polskiego, o korzeniach czesko-polskich. (śmiech). To właśnie dzięki jego pomocy moje prace mogli oglądać mieszkańcy Heidelbergu i Mannheim. Także wiedeńczycy dobrze przyjmują moje rzeźby - wizerunek Cyryla i Metodego wykonałem na zamówienie jednego z kościołów w Wiedniu.
Chyba się pan ze mną zgodzi, że sposób, w jaki pan tworzy, odbiega od modnych obecnie nurtów w sztuce?
Właściwie dobrze się stało, że nigdy nie studiowałem rzeźby - - nie musiałem później mozolnie wyzwalać się spod wpływu mistrza - nauczyciela ASP. W swoim życiu wykonałem ponad dwa tysiące prac i starałem się rzeźbić "po swojemu", nie dbając jak to, co tworzę, wpisuje się w trendy w sztuce współczesnej.
Dziękujemy za rozmowę.
Komentarze
- Brak komentarzy


